Poszliśmy na spacer
pustymi uliczkami. Zajrzeliśmy po drodze do małego baru, w którym
stołowali się dwaj policjanci i kierowca jedynej w miasteczku
karetki pogotowia. Zjedliśmy najlepsze tacos, jakie kiedykolwiek
miałem okazję jeść. Koleżanka była nieźle zaprawiona. Pamiętam
tyle, że zdejmowałem ją z przestawionego kosza na śmieci. Właziła
nań, by ukraść suszące się pranie. Bo się jej spodobała jakaś
część garderoby. Kurde Polacy zawsze jakąś kaszanę strzelą,
nawet w takim miejscu. Wróciliśmy do hotelu i tam dopiero się
działo.
Gdy ona jest na
fazie, to chyba powinienem mieć tam ośmiornicę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz