czwartek, 19 stycznia 2017

Szyld i sklep rybny

Życie na wyspie toczy się wolniej. Szliśmy powoli, przytuleni, nagle koleżanka zaczęła się dławić ze śmiechu. Wskazała mi tabliczkę przywieszoną na drzwiach od sklepiku z rybami i owocami morza. O co chodzi? Była to zwykła tabliczka z przekreślonym kotem i podpisem:
„Prohibida la entrada de gatos” - czyli, że kotom nie wolno. Litera g została tam przekreślona i nadpisana „p”. Pod spodem znalazł się portret jednego z naszych polityków, wycięty z pierwszej strony lokalnej gazety. Co w tym śmiesznego?

W końcu mi powiedziała. Po hiszpańsku pato to kaczka. Wiedza o polskiej polityce dotarła także na tę wyspę.


Wypiliśmy bardzo dobrą kawę i kielich rumu w pobliskiej knajpce. Barman spytał się o pato, wskazując na gazetę. Koleżanka coś energicznie powiedziała, chyba wspomniała przywódcę partyzantki, bo było tam słowo Hijodeputa. Zobaczyliśmy szeroki uśmiech i dostaliśmy dwa kielichy rumu gratis. Potem poszliśmy w kierunku portu, niebawem ma przybyć prom. Droga zaczęła się robić podejrzanie wąska. Ciekawe co oni do tego rumu dodają.


Gazeta na wyspie


Na wyspie powitały mnie krzyczące nagłówki gazet. Od lokalesów usłyszałem ¡Idiota que trae desgracia y otros imbéciles!
A było tu tak pięknie…

Wschód słońca na wyspie

Wschód słońca nad Marina Huana robi wrażenie, zwłaszcza gdy właśnie z ciebie wyparował nadmiar wypitej whisky. Wyspa wcale nie jest taka mała. Tylko port jest mały, prom ledwo tu się zmieścił. Mamy cały dzień zwiedzania, wieczorem wrócimy promem do Santo Subito. Wysiadamy razem z tłumem żądnych wrażeń turystów, wygłodniałych z braku lokalnych suplementów diety, których na promie nie mogli kupić. Zrozumiałem przyczynę – ten sam prom kursuje między wyspami i na trasach międzynarodowych. Dobitnie wyjaśniała to instrukcja przyklejona taśmą do burty przy barze. Był nawet napis nawet po polsku! INFORMUJEMY, ŻE NIEKTÓRE PRODUKTY SPRZEDAWANE W SAN ESCOBAR SĄ NIELEGALNE W INNYCH KRAJACH. PRZED WYJAZDEM UPEWNIJ SIĘ, ŻE MOŻESZ JE WWIEŹĆ DO SWOJEGO KRAJU I PRZEWIEŹĆ TRANZYTEM.

Bar

Podróż na wyspę La Isla Segundo Sortos była ciekawa. Z rzeczy godnych uwagi na promie był tylko alkohol. W strefie wolnocłowej dodatkowo perfumy i zegarki, ale takich, jak koleżanka lubi, to akurat nie było. Zegarka chwilowo nie potrzebuję – po co mi później problemy i wyjazdy na Ukrainę? Kupiliśmy po flaszce Jacka Danielsa. Mało było, poszliśmy potem do baru. Strasznie buja na tym morzu, wiatr chyba też jakby silniejszy.

Prom

Prom - jak prom. Taki sam kiedyś pływał po Bałtyku, tylko tutaj cieplej i na pewno weselej. Oglądamy wyładunek i załadunek, zastanawiamy się ile suplementów diety podróżuje do Europy, głęboko schowane gdzieś w palecie bananów do Lidla. Tak się robi tydzień San Escobar w Lidlu!

Czekamy na prom

Pasażerowie wycieczkowca wsiedli do autokarów, pojechali na wycieczkę. Następny taki statek już wpływa do portu.
"Skończyła się pewna epoka" - powiedziałem.
"Tylko się pan nie rozpłacz, bo się broda odklei" - odparła nieźle już wstawiona koleżanka.
Zaraz się pakujemy i wsiądziemy na prom, który nas zawiezie na ostatni bastion ulotnego nastroju San Escobar.

Desant z wycieczkowca

Gdy wróciliśmy z La Melange spotkała nas niemiła niespodzianka. Zamiast fajnego widoku na port i pobliskie wzgórze zobaczyliśmy jakiś pływający dom publiczny. Bydlę przypłynęło, zacumowało i teraz wysadza desant całej hordy niemieckich i skandynawskich emerytów. Nici z imprez na mieście, spędzamy zatem wieczór w pokoju. Jutro przeprawimy się promem na La Isla Segundo Sortos do portu Marina Huana. Tam nie będzie ani emerytów, ani krakowskiej plagi czyli brytyjskich i irlandzkich opojów żądnych wódki, koki i dziewczyn.